Zimowy Monarcha jest pierwszym tomem trylogii o królu Arturze napisaną przez jednego z najlepszych współczesnych autorów beletrystyki historycznej, Bernarda Cornwella. W Zimowym Monarsze legenda arturiańska została przedstawiona w świeży sposób. Narratorem jest Derfel (równie dziwnych imion jest tu co niemiara) syn niewolnicy. Jako dziecko miał być złożony w ofierze bogom, ale cudownie ocalał i ze względu na to zostaje przygarnięty przez Merlina, sławnego, mądrego i niezrównanie zgryźliwego druida. Derfel szybko odkrywa w sobie pasję do wojaczki (druidem nie mógłby zostać ponieważ według Merlina mądrością nie grzeszył), a jako, że za pasją szczęśliwie podążał talent, szybko pnie się po szczeblach kariery i zostaje jednym z wojowników i przyjaciół Artura. Artur jest tu przedstawiony jako porywczy idealista, świetny wojownik i przywódca, a przy tym wszystkim samotny, potrzebujący wsparcia człowiek. Lancelot tak pochlebnie przedstawiany w legendzie, tutaj okazuje się być narcystycznym, tchórzliwym, pozbawionym honoru, łasym na władzę próżniakiem, który swoją sławę zawdzięcza jedynie sowicie opłacanym bardom. Ginewra nieco próżna i lubiąca zbytki piękność przewyższa mądrością Artura i jest mu doradcą. Te wszystkie postaci tworzą wciągającą i wiarygodną opowieść.
Ciekawym i ważnym wątkiem powieści jest religia, przedstawione tu są wierzenia pogańskie wraz z ich czarami i rytuałami obok rodzącej się religii chrześcijańskiej. Fakt, że jest to opisywane przez Derfla, poganina pokazuje wszystko z ciekawej perspektywy, pierwsi chrześcijanie są niewyedukowani, nie do końca wiedzą w co wierzą dlatego też wyznawanie wiary Miłości nie kłóci się w ich mniemaniu z nienawiścią i krwawym zwalczaniem pogan. Poganie z kolei pragną powrotu dawnych bogów, ci jednak wydają się nie słyszeć ich modłów. Co mi się podoba to subtelność z jaką Cornwell przedstawił wątek fantastyczny. Excalibur, magiczny kocioł, wszystkie czary i rytuały są przedstawione niejednoznacznie. Czytelnik zastanawia się czy zjawiska uznawane za ich skutek są rzeczywiście magicznej natury czy są po prostu zbiegiem okoliczności.
Miałam pisać o moich wakacjach (chociaż mam ich jeszcze miesiąc), a wyszła recenzja książki... w skrócie:
- Pierwszy raz od trzech lat założyłam strój kąpielowy i teraz mogę się pochwalić kalifornijską opalenizną zdobytą nad jeziorem Żywieckim. Moje włosy tak pojaśniały, że gdybym była wyższa i miała mniejszy tyłek, to mogłabym zostać żywą barbie! hihihi XD
- W ostatnim momencie zdecydowałam się na wyjazd na rekolekcje ewangelizacyjne i nie żałuję
- przez tydzień zajmowałam się domem znajomych i w trakcie mojego tam pobytu (jak się potem okazało nie z mojej winy, uff!) rozwaliło im kompletnie elektryczną instalację od pompy głębinowej.
- moja starsza siostra po ośmiu latach formacji złożyła wieczyste śluby zakonne
- Byłam na wielu dobrych imprezach, domówkach i nasiadówach
- namalowałam sobie na ścianie dwa bardzo poetyckie, sięgające sufitu drzewa.
- znalazłam pracę jako kelnerka w klimatycznej kawiarence z jazzem w głośnikach.
- moje zdolności kulinarne, a szczególnie cukiernicze bardzo się rozwinęły ;) mój przyszłościowy mąż nie będzie się musiał żywić tylko ziemniakami i ciastem z Biedronki! yeey!
- poznałam wielu suuuuperowych ludzi
- dowiedziałam się, że tak naprawdę nie jestem melancholikiem, a flegmatycznym sangwinikiem! Jak się potem okazało, tylko ja nie byłam świadoma swej ekstrawertyczności...
- mój starszy brat pożarł się z tatą i się wyprowadził... i w pełni go popieram w tej decyzji.
- zapomniałam napisać, ale od maja noszę soczewki kontaktowe. Nagle wszyscy znajomi się zorientowali, że mam niebieskie oczy... co ja mówię... że MAM oczy!
See ya!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz