Ehh...sporo
się ostatnio wydarzyło i to niekoniecznie dobrych rzeczy.
Moja
koleżanka z grupy ze studiów, Kasia, umarła. Zator płucny. Kiedy
byłam na pogrzebie cały czas miałam wrażenie, że coś jest nie
tak. Jakby fakt, że jest w trumnie był nienaturalny, normalniejsze
byłoby gdyby stała obok i szeptem ze mną żartowała. Nie zdążyłam
jej dobrze poznać, ale jej śmierć porządnie mną wstrząsnęła –
tak łatwo jest umrzeć!
Jadzia
(podstępem) mnie wyciągnęła na imprezę...dla singli. Wyszłam o
23:00 z mocnym postanowieniem zostania samotną do końca życia.
Czułam się tam niemal jak zwierzyna bombardowana bynajmniej nie
dyskretnymi spojrzeniami napalonych facetów. Na szczęście nie
wyglądałam na „dostepną”(rozebraną i podchmieloną). Było to
doświadczenie krzywdzące moją duszę romantyczki. Nie żebym
miała już nie iść na imprezę, ale jeśli pójdę to z grupą
znajomych po to tylko, żeby się dobrze bawić w ich gronie.
Jutro mam
urodziny :( Nacieszę się przez kilka godzin tym, że jeszcze mam
18 lat, mam 18 lat,
mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18
lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam
18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat,
mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18
lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam
18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat,
mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18
lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam
18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat, mam 18 lat
itd.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz